Bo właściwie to co mi pozostało..?
Jestem tu sobie.. Żyje z dnia na dzień.. Bez nadziei, bez perspektyw, bez sensu..
Chciałabym uciec gdzieś na koniec świata.. Poszukać lepszego jutra z dala od tych wszystkich brudów..
I pomyśleć, że mogłam uciec już dawno, z kimś kto pewnie nie byłby teraz już obok mnie, z kimś z kim dobrze było mi tylko do czasu, kiedy nie było go w moim życiu za dużo.. Żyłabym teraz, może szczęśliwa, może miałabym świetną prace.. A może już miałabym spore oszczędności i właśnie wracałabym tutaj zacząć nowe życie.. Może właśnie teraz zechciałabym spróbować żyć tutaj od nowa.. Mogło być pięknie… Niestety nie jest.. Nie uciekłam.. Tkwię tu dalej.. Zostałam bo kochałam.. Zostałam, bo On chciał, a ja uwierzyłam, że będzie cudownie..
Nie jest.. Nie jest cudownie i nie było..
A teraz uciec nie mogę.. Nie mam możliwości.. Nie mogę zostawić tego wszystkiego tak po prostu.. Nie teraz.. Nie mogę zostawić tych wszystkich moich ludzi.. Bo może jutro znowu będą mnie potrzebować..? Teraz nie potrafię zostawić psa, bo nie mam gdzie, nie mam z kim..
Pozostało mi czekać.. Może w końcu życie stanie się piękne..? Może w końcu los się do mnie uśmiechnie.. Wszystko to zostało gdzieś zapisane i jeśli prawdą jest, ze każdy człowiek ma swoje 7 lat złych, na 7 dobrych, to moją księgę chyba ktoś ukradł i skreślił te dobre lata.. A może u mnie nie jest ich po 7, tylko po 16ście..?
A jeśli moja księga się zagubiła, ktoś ją wykradł pomieszał w niej i wyrzucił..? A może trzyma ją dalej i bawi się mną..
Może ktoś ratując mi życie wziął mój los w swoje ręce, a teraz przeklina mnie i wyniszcza..?
Gdzie do cholery podziała się ta równowaga..? Dlaczego w zamian za miłość otrzymać można nienawiść i chęć zagłady..?
Już sama nie wiem…
